Szybka jazda może powodować przemyślenia


Murzyn spadając jak co rano z łóżka na twarz nie mógł się spodziewać tego co czeka go za kilka godzin...

Brzmi to jak początek taniego horroru albo innego filmu akcji.

Rzecz w tym, że na drodze nagłe zdarzenia mają to do siebie, że dzieją się nagle. Wydaje się to dość oczywistym stwierdzeniem, jednak wiąże się z tym jedna rzecz. Niektórych zdarzeń nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Niektórzy z Was prawdopodobnie spędzili czas od uzyskania kawałka plastiku uprawniającego do rozpędzenia tony stali do nieprzewidzianych przez naturę prędkości znacznie intensywniej niż inni posiadacze takiego plastiku. Pewnie nieraz próbowaliście sprawdzić, gdzie leżą granice przyczepności waszych opon, czy odpuszczenie gazu faktycznie jest w stanie wywołać nadsterowność i inne tego typu niuanse prowadzenia samochodu.

Jeśli to czytacie to nawet mogę założyć się że nie popełniliście zbyt wielkiego błędu w tych próbach.

Nie byłem inny w tej kwestii. Co prawda moja przygoda z motoryzacją zaczęła się równie płynnie co pierwsze ruszanie kursanta prawa jazdy, jednak praktycznie od samego początku towarzyszyła mi chęć doskonalenia umiejętności. Chciałem prowadzić szybciej, lepiej i płynniej. Nieodłącznym elementem takiego doskonalenia jest jednak doświadczenie, którego nabycie wymaga ryzyka. Zdarzały mi się nieplanowane poślizgi, przestrzelenia zakrętów oraz lądowania w rowie po nieudanym zwrocie na ręcznym. Tak oto mój przednionapędowy dupowóz otrzymał właśnie swoją nazwę "Krzaczek".

Byłem autentycznie zżyty z tym samochodem przez to co razem przeszliśmy, pomimo że posiadałem go raptem nieco ponad 2 lata.

W pewną sobotę wracając od dziewczyny na Junaku urwała się szpilka od rury wydechowej. Jeśli komuś się to jeszcze nie zdarzyło to polecam sprawdzić ich stan i ewentualnie je wymienić, bo dźwięk jednocylindrowej 125 strzelającej z zaworów spalinami zdecydowanie nie jest równie miły dla ucha co V8.

Rzuciłem wtedy kilkoma słowami, które chyba były samospełniającą się przepowiednią.

"Ja muszę mieć jakiegoś dziwnego pecha do motoryzacji"

Następnego dnia wziąłem moją Toyotę aby pojechać do Gdańska na studia. Stojąc na górze ulicy Słowackiego coś mnie podkusiło aby spróbować przejechać ją szybciej niż zwykle. Czekając na zielone światło obmyślałem łuk przejazdu przez każdy zakręt po drodze, tak aby optymalnie dobrać prędkość do warunków. Po wystartowaniu moją zieloną rakietą o mocy 90 bocianów mechanicznych (kle kle kle) z każdym zakrętem chciałem jechać coraz szybciej.

Nie wiedziałem jeszcze, że na przedostatnim zakręcie nawierzchnia jest mokra po wczorajszym deszczu.

Wpadając w kolejny zakręt poczułem lekką nadsterowność wywołaną odpuszczeniem gazu. Nie było to coś co mnie jakoś specjalnie zaskoczyło. Zdarzało mi się to wcześniej, więc byłem przygotowany na szybką kontrę. Samochód jednak z jakiegoś powodu zareagował ostrzej niż powinien. Nagłe złapanie przyczepności spowodowało wystrzelenie obróconej Toyoty w stronę krawężnika po wewnętrznej.

Następne co usłyszałem to dźwięk pękających opon z prawej strony.

Autem zarzuciło w taki sposób że nie było już szansy na wyprostowanie tego poślizgu. W momencie kiedy przed sobą zobaczyłem barierkę energochłonną usłyszałem świętego Krzysztofa nachylającego się nade mną i mówiącego

"Teraz to żeś odjebał, chłopie"

Samochód wypełnił się dymem z poduszek powietrznych którym nie pogardziłby żaden miłośnik e-petów. W tym momencie nie byłem w stanie już z tym nic zrobić, bo po prostu nie widziałem absolutnie nic z tego co działo się dookoła. Po kilku sekundach poczułem że karuzela się zatrzymała, a ja mogę opuścić tą cholerną haszkomorę. Po otworzeniu drzwi porządnym kopnięciem mogłem przejść do oceny strat.

A nie za bardzo było co oceniać.



Zdjęcie nie oddaje w pełni uszkodzeń, bo po lewej stronie podłużnica stwierdziła że ma gdzieś swoje dotychczasowe życie i od dziś będzie nadkolem, błotnik zaparł się o drzwi, a intercooler znajdujący się przed lewym kołem znalazłem na trawniku po drugiej stronie drogi.

Nie mówiąc o tym, że zegarek który miałem na ręce jakimś cudem znalazł się na półce.

Przez najbliższą godzinę po postawieniu trójkąta przed tym zakrętem, uprzątnięciu leżących na drodze elementów,i paru telefonach miałem sporo czasu na przemyślenia. Zdałem sobie sprawę z tego, że gdyby nie to, że w barierkę wjechałem w poślizgu bokiem, cała ta przygoda mogłaby się skończyć mniej przyjemnie. Dotarło do mnie też to, że to co uznałem za całkiem suchy asfalt w rzeczywistości było dość mokre, ze względu na deszcz poprzedniego dnia, który nie zdążył wyschnąć do końca.

Samochód na początku planowałem naprawić, bo uszkodzenia wydawały się powierzchowne. Po dokładniejszych oględzinach okazało się że blok i głowica są prawdopodobnie wygięte, bo olej ciekł z miski olejowej, cały układ dolotowy był połamany, obie przednie poduszki wystrzeliły, razem z napinaczami pasów. Po dokładnym policzeniu kosztu naprawy wyszło mi że kosztowało by to dokładnie "w chuj za dużo". Toyota dokonała więc swojego żywota na lawecie, która ją wywiozła w celu demontażu na części.

W tym momencie uświadomiłem sobie, że taki wypadek, który przydarzy się dość wcześnie po odebraniu prawa jazdy, i nie skończy się tragicznie jest bardzo cennym doświadczeniem o ile wyciągniemy z niego poprawne wnioski.

Szybka jazda nie wymaga mocnego samochodu. Wymaga wyobraźni, której mi o jeden raz za dużo zabrakło.

Popularne posty z tego bloga

Gazotan biedanu

Zemsta za 1938 i instalacja klimatyzacji w Skodzie Felicii

Obudowa termiczna dolotu w BMW E46