Praca jako kurier może być fajna

Jakiś czas temu zdarzyło mi się w wyniku dość pokręconego i mało logicznego ciągu zdarzeń zaciągnąć się jako kierowca w firmie która zatrudniała kierowców z własnym samochodem. Dość mocno upraszczając sytuację moim hobby musiało z dnia na dzień stać się nieumieranie z głodu. Z racji że sztuka fotosyntezy nie jest łatwa chcąc czy nie musiałem znaleźć sobie zajęcie.

Po krótkim szkoleniu które trwało jeden dzień zostałem wypuszczony na miasto z torbą termoizolacyjną, aplikacją na telefon, terminalem płatniczym oraz niekończącym się ciągiem zleceń.

I nie wyszedłem na tym aż tak źle jak się spodziewałem.

Ogólnie praca polegała na "doręczaniu przesyłek jednodniowych", co praktycznie oznaczało dowożenie kebabów i części do warsztatów samochodowych. Przynajmniej w większości. Były też inne rzeczy które trzeba było wziąć pod uwagę. Między innymi to, że logistycy zarządzający tym gdzie masz jeździć kompletnie nie zdawali sobie z istnienia takich zjawisk jak korki, remonty i czerwone światła. Efekt z grubsza był taki, że jeździło się przez miasto z prędkością nadświetlną wykazując się przy okazji refleksem godnym Colina McRae albo Hołowczyca.

Jednocześnie uważając na latające po kabinie paczki, bo w połowie przypadków samochód wyglądał jakoś tak:


Akurat ja poradziłem sobie z tym fantem demontując tylną kanapę, więc miałem z tyłu dość sporo miejsca jak na wymiary Krzaczka, dzięki czemu na zakrętach kartony nie przeprowadzały się na fotel kierowcy, co było na początku dość uciążliwe.

Zdecydowanie najlepszą stroną tej pracy byli ludzie z którymi się spotykałem. Pomimo mojej wrodzonej awersji do kontaktów międzyludzkich w ciągu raptem półtorej miesiąca pracy na czas znalezienia czegoś bardziej pasującego do mojego wyuczonego zawodu (oczywiście znalazłem coś co było jeszcze mniej w moim zawodzie, bo nie przejmuję się czymś takim jak rozsądne decyzje) dość ciekawych historii nazbierało się całkiem sporo. Nie będę ich teraz tutaj przytaczać, bo chodzi mi o to, że ten zawód potrafi ciągle zaskakiwać.

Dodatkowym plusem były zarobki. Sama pensja podstawowa, w połączeniu z "elastycznym grafikiem" (czyt: będziesz pracować jak będziemy cię potrzebować) nie była wystarczająca aby po roku pracy przejść na emeryturę. Nie wystarczała w sumie nawet na samodzielne utrzymanie się.

No chyba że ktoś lubi żywić się cały miesiąc gołąbkami bez mięsa.

Natomiast najlepszym źródłem dochodu były napiwki. W ciągu dnia normą były napiwki pomiędzy 20 a 60 polskich pesos. Biorąc pod uwagę fakt, że paliwo trzeba było kupować z "funduszu paliwowego" który wynosił kilkadziesiąt groszy na kilometr BRUTTO było to całkiem niezłe źródełko kasy. Tym bardziej że 1.4 w dieslu Toyoty podczas jazdy typowo w mieście całkiem jak ja lubiło sobie sporo wypić. W lepsze dni udawało się wyrywać nawet 100-120zł napiwków. Wtedy można było sobie pozwolić na takie szaleństwa jak drinki z palemką, pryncypałki i płyn do spryskiwaczy.

Podsumowując - jeśli macie własny samochód, najlepiej w LPG, prawo jazdy kat. B od jakiegoś czasu, lubicie jeździć, i niespecjalnie przeszkadza wam szybsze zużycie łożysk i amortyzatorów jest to jedna z lepszych opcji dorobienia sobie na studiach, jak w moim przypadku. Jest to chyba jedyny zawód, gdzie naprawdę nie są wymagane jakieś specjalne umiejętności, poza prowadzeniem samochodu, w którym można zarobić jakieś ludzkie pieniądze.

Ponadto jazda po Gdańsku po godzinie 21, kiedy drogi pustoszeją, a narzucone czasy dostawy stają się realne to czysta przyjemność po kilku godzinach stania w korkach.

Tego po prostu nie da się opisać słowami - trzeba samemu spróbować.

Popularne posty z tego bloga

Gazotan biedanu

Zemsta za 1938 i instalacja klimatyzacji w Skodzie Felicii

Obudowa termiczna dolotu w BMW E46