A czy ty wiesz czego nie nauczyli cię na prawku?



Aktualny egzamin na prawo jazdy to mało śmieszny żart. Od razu zaznaczę - nie uważam że na drogi powinni być wypuszczani ludzie, którzy nie mają pojęcia o przepisach i technice jazdy, i nie jestem zwolennikiem całkowitego usunięcia egzaminu. Problem widzę natomiast w tym, że uczący się sztuki prowadzenia pojazdów mechanicznych nie uczą się kilku bardzo istotnych rzeczy, a zamiast tego skupiają się na rzeczach mało istotnych.

Pewien czas temu skontaktował się ze mną kolega z czasów szkoły. Spytał mnie czy znalazłbym chwilę na to, aby podszkolić go z jazdy na śniegu. Nigdy nie uważałem się za jakiś autorytet w dziedzinie kontrolowanych poślizgów (co udowodniłem na pewnej ulicy w Gdańsku), jednak pomimo tego ktoś wpadł na mało rozsądny pomysł, żebym uczył go jazdy w ciężkich warunkach. Pojechaliśmy razem jego samochodem na pusty parking, i po kilku kontrolnych zwrotach na ręcznym przesiadłem się na fotel pasażera, udzieliłem kilku prostych poleceń i czekałem na rezultaty.

Dlaczego o tym wspominam? Bo ta sama osoba zwróciła uwagę na to, że na kursie prawa jazdy nikt nigdy nie powiedział mu o tym, co robić jak wpadnie w poślizg na śniegu.

Czaicie to? Szkoły jazdy i ośrodki egzaminacyjne oblewają egzamin z powodu potrącenia pachołka na łuku, ale nie mają problemu z tym, że świeżo upieczony kierowca pojedzie z prędkością na znaku ograniczenia prędkości po oblodzonej drodze, i na zakręcie w prawo wbije się czołowo w jadącą na ferie rodzinę bo nikt mu nie wytłumaczył że zimą samochód nie jedzie jak po szynach.

Nikt nie powie wam o tym, bo tego nie ma na egzaminie.

Od jakiegoś czasu pojawiają się pomysły, aby dołączyć do kursu szkolenie na płycie poślizgowej. Moje zdanie na ten temat jest dość mieszane, ponieważ wiem jak taki pomysł skończył się w jednym z którychś krajów skandynawskich.

Wińcie moją sklerozę że nie pamiętam którym :v

Do kursu zostało dodane obowiązkowe szkolenie z jazdy w warunkach zimowych, co mogłoby mieć sens, biorąc pod uwagę tamtejszy klimat. Założenie było dobre - z racji że w naszym kraju większość czasu panują warunki zimowe nauczmy młodych kierowców jak w nich jeździć.

Efekt był taki, że młodzi posiadacze prawa jazdy zaczęli częściej integrować swoje samochody z barierkami energochłonnymi, bo uważali że szkolenie uprawnia ich do zasuwania bez patrzenia na warunki na jezdni.

Brzmi dziwnie znajomo...

W każdym razie - skoro szkolenie na płycie poślizgowej to średni pomysł to co można zrobić aby nauczyć nowych kierowców że (jeszcze) nie są następcami Hołowczyca i Kubicy?

Otóż sam element ze szkoleniem na płycie poślizgowej nie jest zły - złe jest to, że pokazuje się kierowcy w jaki sposób opanować poślizg, nie pokazując mu warunków, w których żadne umiejętności nie są w stanie pomóc. Chyba lepiej polecieć na śniegu 120/h na płycie opuszczonego lotniska/płycie poślizgowej niż na drodze. Samo pokazanie sposobu opanowania poślizgu powoduje że każdy zaczyna się czuć zbyt pewnie na drodze, nie zdając sobie sprawy z tego co się stanie gdy przekroczy pewną granicę.

Zaufajcie mi, wiem coś o tym :v

A nie chcecie uświadomić sobie tego w taki sposób jak ja, jeśli chociaż minimalnie lubicie swój samochód.

Ale wracając do tematu, bo dość mocno zboczyłem - co jeszcze według mnie powinno być wymagane od świeżo upieczonych kierowców? Aktualnie na egzaminie wymagane jest znanie wszystkich świateł w pojeździe, sposobu ich uruchamiania, oraz znajomość sposobu sprawdzenia oraz uzupełnienia podstawowych płynów eksploatacyjnych. Jest to jak najbardziej w porządku, bo te informacje prędzej czy później się przydadzą, szczególnie jeśli kupicie samochód w budżecie niższym niż dobry komputer do gier. Ale przypomnijcie sobie, czy wymagano od was na przykład sprawdzenia poziomu płynu hamulcowego lub oleju wspomagania? Nie, mimo że ubytek jednego z nich może spowodować nagłe wytracenie prędkości na drzewie w zakręcie, a drugiego spowoduje u niektórych osób brak możliwości zaparkowania samochodu. Rozumiem że w Toyocie Yaris na jakiej zdawałem prawo jazdy jest elektryczne wspomaganie, ale wypadałoby chociaż wspomnieć o tym że taki zbiorniczek może być w samochodzie.

Nie wymagam od nikogo aby po zdaniu egzaminu był mechanikiem, ale ten sam znajomy wspomniany na początku po zakupie samochodu (który swoją drogą mu poleciłem i z tego co mi wiadomo nie narzeka na niego za bardzo) przyjechał do swojego mechanika (którego też mu poleciłem :v ) myśląc że silnik bierze olej, podczas gdy olej był w prawidłowym poziomie.

Po prostu nie wiedział jak to prawidłowo sprawdzić i myślał że bagnet ma być cały w oleju.

I nie mam tu nic do niego, bo każdemu zdarza się mieć chwilę zaćmienia umysłowego.

A mi to już w ogóle :v

Chodzi o to, że olej jest najważniejszym płynem znajdującym się w samochodzie, a instruktor nie potrafił się jasno wyrazić, że jego poziom ma się znajdować między dwoma punktami na bagnecie, a jeśli nie jesteś pewien tego czy dobrze sprawdzasz to zajrzyj do instrukcji. Dobrze że znajomy nie próbował zrobić dolewki bo wtedy to by mogło się ciekawie skończyć :v

Ten sam znajomy kiedyś spytał mnie, czy pokazałbym mu jak wymienić koło w samochodzie. Ja rozumiem, że w Subaru mojej matki nie ma koła zapasowego, tylko jest puszka uszczelniacza do opon, i ta umiejętność jest coraz mniej wymagana, ale do cholery, tą puszką nie da się uszczelnić pęknięcia boku opony lub innych dużych uszkodzeń. Według mnie chociaż raz lub dwa na kursie obowiązkowe powinno być zatrzymanie się na parkingu i przynajmniej podniesienie samochodu na lewarku, tak żeby to przećwiczyć.

I chociaż wspomnienie o tym, że koła odkręca się częściowo na ziemii, bo wasz ręczny może być na tarczobębnie, który hamulcem jest tylko z nazwy :v

Ale oczywiście nie jest to wymagane, bo na egzaminie tego nie ma.

¯\_(ツ)_/¯
W każdym razie uważam, że na kursie prawa jazdy powinien być położony chociaż minimalny nacisk na znajomość najbardziej podstawowych awarii pojazdu, oraz powinno być przynajmniej wspomniane kilka sposobów na radzenie sobie z nimi w trasie, typu zmiana koła, pończocha zamiast paska klinowego lub włączenie ogrzewania w razie przegrzania silnika. Tego ostatniego dowiedziałem się pracując na czarno jako dostawca jedzenia, bo Opel Combo którym jeździłem miał padnięty wentylator (i nie tylko), i to był jedyny sposób poruszania się tym samochodem bez przegrzania głowicy.

Jeśli jesteście świeżymi kierowcami którzy jakimś trafem po zdaniu prawa jazdy trafili na tą stronę, to zróbcie sobie sami przysługę, i idźcie do ojca/dziadka, i popytajcie ich o to jakie przygody zdarzyły im się kiedyś w trasie, i jak sobie z nimi poradzili, bo znając życie zawsze gdy coś takiego się wydarzy, to będziecie mieli rozładowany telefon :v

Idę szukać winowajcy niedziałającej klimy w "Ekspresie"

Popularne posty z tego bloga

Gazotan biedanu

Zemsta za 1938 i instalacja klimatyzacji w Skodzie Felicii

Obudowa termiczna dolotu w BMW E46