Szwecja plz

Dzień polarny


A więc (ponoć nie wolno zaczynać zdania od "a więc" ale że jestem tylko blogerem motoryzacyjnym a nie studiowałem filologię polską mam to w poważaniu :v) jakiś czas temu na RyjBuku wrzuciłem 2 zdjęcia z wypadu do Szwecji. Powiązane było to z faktem, że miałem okazję załapać się na służbowy wyjazd, służbowym samochodem ze służbową przyczepką, ponieważ w firmie w której pracuję najwidoczniej mało osób potrafi podejść do pytania "jak się czujesz za kierownicą?" w równie nieprzemyślany sposób co ja.

Odpowiedziałem "jak ma silnik to pojedzie" :v

I tak właśnie oto wplątałem się w niezłe bagno, ponieważ dostałem zadanie pojechania z przyczepką 700 kilometrów na północ Szwecji. I pewnie w tym momencie pomyślicie sobie, że przecież to tylko kawałek, jeździłem dalej, a ze mnie jest pizda a nie bloger motoryzacyjny, jak dedykuję takiej przejażdżce po bułki do sklepu cały wpis na blogu.

Haczyki są dwa - po pierwsze nigdy nie byłem samochodem poza granicami naszego kraju, a po drugie nigdy nie jechałem na żywo z przyczepką (o tym później).

Zatem postawiony zostałem przed faktem dokonanym - muszę pojechać z ładunkiem tam, wsiąść w samolot, wrócić, a tydzień później przejechać tą samą trasę w drugą stronę.

Ogólnie rzecz biorąc niespecjalnie się tym przejmowałem. Wiecie - fajna wycieczka, służbowe paliwo, służbowy samochód, 210 (ej, Malina). Przygotowałem sobie wszystkie bilety, przestudiowałem różnice w przepisach i teoretycznie byłem gotowy. Pozostało jedynie przećwiczyć parkowanie z przyczepką, przy czym koniecznie chciał być mój szef. Kazał mi zaparkować na parkingu w wyznaczonym miejscu, co wykonałem bez większego zastanowienia.

Spojrzał na przyczepkę, spojrzał na mnie, po czym spytał, czy kiedyś jeździłem z przyczepą.

"A gry się liczą?"

"Nie"

"To nie"

"A jak się liczą?"

"To jakieś 400 godzin na TIRach z przewagą parkowania"

Jego mina była absolutnie bezcenna :v

Ale żeby nie przedłużać wpisu opisami każdego etapu drogi podzielę się z wami po prostu kilkoma moimi spostrzeżeniami.

Po pierwsze - jeśli ktoś wam mówi, że w Szwecji jeżdżą bardzo spokojnie, to nie wierzcie mu.

Jeżu słodki w morelach - gdy pomyliłem zjazd w Sztokholmie i musiałem przebić się przez centrum jadąc Navarą która w tym zestawie i z ładunkiem ważyła 3 tony prawie wypuściłem krecika. Wszyscy dookoła jechali jak kierowcy rajdowi, nie patrząc na zwężenia i na ograniczenia prędkości.

Wystraszona lampa

Po drugie - jak już udało mi się wyrwać z tego cholernego centrum i wrócić na autostradę nie spodziewałem się aż takiej nudy. Najlepszym podsumowaniem jest fakt, że w którymś momencie nawigacja pokazywała "Za 400 kilometrów skręć na rondzie w prawo" :V

Droga poza kilkoma remontami była gładka jak niemiecka autostrada 20 lat temu, i gdybym jechał sprawnym samochodem wystarczyłoby wrzucić tempomat, i przez 700 kilometrów cieszyć oczy widokami.

No ale nie było tak pięknie. Navara którą jechałem, wyposażona była w sadzomiot o pojemności 2.5 oraz w pęknięty wąż od doładowania. Efekt był taki, że na każdym wzniesieniu musiałem redukować bieg, zostawiając za sobą przepiękną zasłonę dymną. Mam wrażenie że w tym Sztokholmie na powrocie włączyłem alarm przekroczenia ilości spalin w tunelu :v

Po trzecie - kompletnie zapomniało mi się o istnieniu takiego zjawiska jak "dzień polarny", przez co przed lotem powrotnym kompletnie się nie wyspałem, bo ciągle miałem wrażenie że za oknem jest godzina 20. Definitywnie takie warunki nie pomagają w wypoczęciu po 12 godzinach jazdy, przez co wróciłem do Polski w stanie sugerującym, że te 700 kilometrów pokonałem z buta :v

Jako ciekawostka - wiedziałem że w krajach skandynawskich lubią montować na przodach samochodów dodatkowe oświetlenie. Ba - jakbym przez pół roku jeździł w ciemności 24/7 to też bym założył na Ekspres jakieś dodatkowe lampy. Co przykuło moją uwagę, i czego nie spodziewałem się tak bardzo jak osoby która spodziewa się Hiszpańskiej Inkwizycji to fakt, że bardzo często widywałem takie lampy na stosunkowo nowych samochodach.

Zawsze myślałem że to domena 15+ letnich wozideł, o które właściciel niespecjalnie dba a tu proszę - Golf 7 z elektrownią na dziobie :v


Ale mimo wszystko największym szokiem kulturowym na jaki się tam natknąłem była Skoda Felicia


FELICITAAAA, pararrampampam FELICITAAA

Jakim cudem się tam uchowała - nie wiem. Ale szanuję tego, który zamiast kupić tanie Volvo z krajowej produkcji, stwierdził "Kupię sobie mały samochodzik, w którym pęka przednia szyba bez powodu". Po czym jeździł nim 20 lat, aż natknąłem się na nią ja :v

Czy było warto? Cóż - szczerze to zachwalane przez każdego widoki powszechnieją po 200 kilometrach za kółkiem, ceny na stacjach wysokie, a jeszcze na dodatek nie mieli tam Pryncypałek.

Ale pomimo tego - warto było pojechać, choćby po to, aby poznać odmienną kulturę na drogach, potrenować jazdę z przyczepką, a nawet dla takich widoków:



Droga E4 - autostrada która łączy północ z południem kraju. Spójrzcie tylko na tą drogę. Po jednym pasie w każdą stronę. U nas każdy by się rzucał, że 1 pas to gówno z cebulą a nie autostrada.

A jednak tam to jest nawet więcej niż dość. Samochody na tym postoju mijały mnie co średnio 3 minuty, przez co tworzył się klimat całkowitego spokoju i braku pośpiechu.

Czy tam wrócę? Na pewno, choć pewnie już z dwoma kołami a nie sześcioma.

A tymczasem wracam do wykończenia domu.

Popularne posty z tego bloga

Gazotan biedanu

Zemsta za 1938 i instalacja klimatyzacji w Skodzie Felicii

Obudowa termiczna dolotu w BMW E46